aktualności

 

data
2014-08-11 Mini Tur De Poloń 2014 Rzeszów – Katowice czyli podwójny ubój rytualny
Właściwie to każdy normalny człowiek, czyli taki, który zawsze ma przy sobie internet i/lub fejsbuka, wie już wszystko:
  - Marysia Pawłowska bohaterką wyścigów w Rzeszowie i Katowicach,



- Marysia wygrała dwa razy pod rząd,

- również z chłopakami…

- …których wcześniej nie znieczuliła, więc ich porażka była sadystycznie bolesna…

- … zwłaszcza, że jak odjeżdżała najlepszemu z nich, wrzasnęła jeszcze do niego „… dajesz, dajesz!!! Jesteś najlepszy….. w swojej kategorii!!!” Trochę złośliwe, co nie?

- Krótko mówiąc: Zobacz film

Informacje, które nie ukazały się w mediach, przytaczam poniżej:

- wujek Kuba (tam, gdzie mieszka, nazywają go stryjkiem) nie żałował, że leciał piechotą przez cały Rzeszów w upale i w garniturze, żeby zobaczyć, jak Marysia ściga się już tylko z wozem sponsora.

- po edycji rzeszowskiej Marysia zadeklarowała, że w Katowicach wyśmiga również rzeczony wóz (angielska marka z niemieckiej fabryki), bo jak się jedzie za nim, to śmierdzi mu z rury. Wozu nie wyśmigała, ale pozostałe dwie setki zawodników – owszem.

Marysiu, jesteś wspaniała. Dziękujemy Ci za wzruszenia. Prosimy o więcej.

W rywalizacji najmłodszych w wyścigu wziął również udział Filip Matyjewicz, który dzielnie odpierał ataki konkurencji i ostatecznie uplasował się na ...nastej pozycji. Z przyjemnością zamieścilibyśmy w tym miejscu zdjęcie naszej hardbajkowej latorośli, prosimy więc o nadesłanie takowej na znany adres mejlowy admina. Nasze gratulacje Filip! Tak trzymaj!
 
Relacja fotograficzna - część 1

Relacja fotograficzna - część 2

Relacja fotograficzna - część 3

Relacja fotograficzna - część 4


Radek
data
2014-08-11 Sagatka Uphill 2014/ Tyniok Uphill 2014 czyli skutki uboczne hipoksji
Hipoksja, czyli niedobór tlenu, to zjawisko od dawna znane i chyba nawet dość dokładne przebadane przez medycynę, w tym również w aspekcie uprawiania sportu...
  Któż z nas nie słyszał o himalaistach, których mózgi pod wpływem niedostatecznej podaży tego życiodajnego gazu zaczynały płatać im psikusy i namawiały na przykład, żeby swoich towarzyszy niedoli pozostawić na pewną śmierć z zamarznięcia albo poprzez wpadnięcie do lodowej szczeliny?

Przypomniałem sobie o tym zjawisku mniej więcej na początku trzeciego kilometra podjazdu z Rakovej na Sagatkę (kto był, wie, że wtedy dopiero zaczyna się konkret pod górę), kiedy w całym moim organizmie ilość zużywanego tlenu zaczęła drastycznie dominować nad tą, jaką byłem w stanie pobrać z rozgrzanego do nieprzyzwoitej temperatury powietrza atmosferycznego.

Zaraz potem moja świadomość udała się w wędrówkę niezbadanymi ścieżkami.

Najpierw z niedowierzaniem uświadomiłem sobie, że chomik, taki domowy, akwariowy, potrafi, przez nikogo nie namawiany i bez jakiejkolwiek obietnicy, że coś otrzyma w zamian, biegać w kółko po takiej pikuśnej karuzeli.

Potem dotarło do mnie, że lada moment, jeszcze w tym miesiącu, wiele gatunków naszych krajowych ptaszysk wybierze się w podróż ciągnącą się całymi miesiącami i tysiącami kilometrów tylko po to, żeby niedługo po osiągnięciu celu spakować walizeczki i zapylać z powrotem do Polski w celu ponownego złożenia jaj (czyli: lecą sobie dla jaj???)

I jeszcze te ryby, które w pewnym momencie rzucają wszystko, co osiągnęły w dotychczasowym życiu i przez ostatnie dni swojej egzystencji przedzierają się w górę rwącej rzeki, żeby, złożywszy tam jaja, kompletnie wyczerpane skonać i już w charakterze padliny popłynąć z powrotem z prądem. Chociaż te ryby (ta myśl nawiedziła mnie już za połową podjazdu, a było tam stromo i nie było cienia) płyną pod górę przynajmniej w wodzie i nie jest im AŻ TAK gorąco.

Co innego stare słonie, które, jak mówi legenda, w ostatnich dniach swego życia udają się na pustynię (nie jest tam może stromo, ale gorąco i słonecznie jak TU), aby tam sczeznąć z braku wody i żeli energetycznych.

A są też i takie gatunki, które nawet w trudnych sytuacjach jakoś sobie radzą. Weźmy takie na przykład sępy, które w czasie upałów rozwiązują sprawę w taki sposób, że oddają swój wodnisty, jak to u ptaków, stolec, na własne nogi i tym sposobem zapewniają sobie dodatkowe odprowadzenie ciepła.

Zaraz potem przypadkowo zerknąłem na swoje nogi i pomyślałem , że jest niedobrze, bo ewidentnie zaczyna zacierać mi się granica pomiędzy jawą a podświadomością.


Na szczęście na ratunek przyszła mi meta, która znienacka wyłoniła się spomiędzy zarośli, a tam krótki odpoczynek i kubek Kofoli wygasiły ten absurdalny strumień świadomości.

W sobotnio – niedzielnym komplecie wyścigów wystartowała z powodzeniem silna grupa naszych: Klaudia (złoto w Istebnej, gratulacje!), Magda, Marysia (druga w Rakovej), Mieszko, Janek (trzecie miejsce w Istebnej), Piotrek i ten oto ja. I chociaż bardzo się zmęczyliśmy, i tak mieliśmy lepiej niż jeden kolega, który przeoczył linię mety i ścigał się jeszcze nawet na zjeździe powrotnym do linii startu. Dzik i harpagan, nie ma co.

Radek.
 
data
2014-07-02 Bikemaraton Myślenice 2014 czyli być jak Robert Kubica czyli klątwa jeżozwierza
28 czerwca był pechowym dniem dla polskich kierowców rajdowych, asów kierownicy, nadziei kibiców motorsportu, startujących w którymś tam Rajdzie Polski...
  Robert Kubica najechał na kamień, przedziurawił oponę, stracił dobre miejsce i ostatecznie zaprzepaścił szansę, aby walczyć o zwycięstwo z francuskim Ogierem. Jeszcze gorzej miał Hołowczyc, który podobno w tym samym mniej więcej czasie wyleciał z trasy i zatrzymał się obok niej do góry nogami czyli kołami czyli na dachu czyli, parafrazując pewien czeski filmik na jutjubie, obratił vozidlo na strzechu.

Tymczasem nieliczna, ale mocna reprezentacja klubu udała się na bajkmaraton do Myślenic, żeby zamieszać w klasyfikacjach indywidualnych i drużynowej młodzieżowej. Myślenice, dla słabiej zorientowanych, to takie miasto niedaleko Krakowa, skąd do Zakopanego jedzie się jeszcze tylko niecałe cztery godziny oraz które, jak głosi plotka, było pierwowzorem miasta Bedrock, w którym toczy się akcja serialu „Między nami jaskiniowcami”, a Fred Flinstone śmiga po ulicach swoim kamiennym wehikułem.


W czterdzieści minut po starcie pierwszego sektora zajęliśmy strategiczne pozycje niedaleko mety, bo nasi mieli przyjechać zaraz w czołówce. Jednak przyszło nam czekać dłużej, niż planowaliśmy.

Wreszcie pojawił się Janek...


Jakiś czas później Misiek...


A jeszcze później Mieszko, bo najwcześniej najechał jeżozwierza. Zresztą Mieszko zrobił to najdokładniej, bo udało mu się przedziurwaić obie dętki...


  Po krótkim namyśle uznaliśmy z Arturem, że będziemy cieszyć się z takiego obrotu sprawy. Byłoby znacznie gorzej, gdyby nasi chłopcy postanowili wziąć przykład z Hołka, a po krótkim namyśle przypomnieliśmy sobie nawet, że w zeszłym roku na tym samym maratonie Janek faktycznie miał dachowanie i w porównaniu z tym te cztery kapcie u trzech zawodników to żaden powód do zmartwienia. Tym bardziej, że po wrzuceniu wyników zawodów do naszego superszybkiego klubowego kalkulatora oszacowaliśmy, że chłopcy prawdopodobnie zajęli pierwsze trzy miejsca w kategorii zawodników, którzy ostatnie pięć kilometrów biegli zamiast jechać. I to wszystko. Zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć oraz zachęcam do refleksji: a może jednak zabierać dętki i pompkę na maratony?

P.S. Zarząd klubu uprzejmie przypomina, że na www.uphillmtb.pl uruchomiono już zapisy na wyścigi, nadmieniając jednocześnie, że uporczywe unikanie startów w imprezach cyklu nie jest mile widziane.


strona pierwsza I strona poprzednia I strona następna I strona ostatnia

powrót do strony głównej